Reklama

Mak w trumnie, dziecko pod progiem. Tak radzono sobie ze śmiercią

Gdy pies wyje rozpaczliwie, koń nerwowo grzebie kopytem w ziemi, a tuż przy wejściu do domu zauważyć można wykopaną przez kreta ziemię, oznacza to jedno – kostucha nieuchronnie zbliża się do domostwa. To tylko kilka ze starodawnych wierzeń, które miały przygotować naszych przodków na śmierć własną lub kogoś bliskiego. Co działo się później? Zapewnienie spokoju żałobnikom i oddzielonej od ciała duszy wyrażano przez liczne rytuały. Część z biegiem lat odeszła w zapomnienie, lecz echa niektórych bywają słyszalne nawet dziś.

Wytłumaczyć to, co niewytłumaczalne

Zjawisko śmierci zawsze było zagadnieniem niejasnym i tajemniczym. Nad jego złożonością od tysięcy lat zastanawiali się nie tylko przeciętni zjadacze chleba, ale też filozofowie, kapłani, religioznawcy... W historii całej ludzkiej cywilizacji znaleźć można najróżniejsze podejścia do końca ludzkiej egzystencji i związane z nimi obrzędy oraz rytuały.

Choć przywołać można słowa Epikura, według którego "Śmiercią nie trzeba się przejmować, bo póki żyjemy, to jej nie ma, kiedy zaś przyjdzie, wówczas nas już nie ma", trudno się z tym zgodzić w kontekście tradycji pogrzebowych. Doświadczenie śmierci, zwłaszcza gdy odchodzi ktoś nam bliski, jest w stanie wzbudzać bardziej intensywne uczucia, w tym poczucie straty i lęk, niż myśl o własnym końcu.

Reklama

Rytuały pogrzebowe dla żywych?

Śmierć już w starodawnych zwyczajach była związana przede wszystkim ze smutkiem zerwania więzów łączących nieboszczyka z życiem ziemskim. Liczne rytuały miały więc kilka zadań. Celem części z nich miało być przygotowanie na to, co nieuchronne i próbą uzasadnienia. Równie ważne było zapewnienie odchodzącej duszy spokoju w zaświatach, a także ukojenie rozpaczy osób, które pozostawały przy życiu. Odpowiednie przeżycie żałoby, zgodnie z obowiązującymi normami, miało być warunkiem odzyskania równowagi i przezwyciężenia swojego smutku. W końcu ceremonie pogrzebowe zawsze należały do żywych, którzy w wielowiekowych tradycjach odnajdowali spokój, pewną namiastkę stabilizacji i pocieszenie.

Jedna śmierć pociąga drugą

Choć ostatnie tchnienie bliskiej osoby bywało traumatyczne, nie był to czas poświęcany wyłącznie na oddawanie się rozpaczy i zadumie. Już w tym momencie należało podjąć odpowiednie kroki, które uruchamiały machinę czynności związanych ze śmiercią.

Konieczne było zatrzymanie wszystkich zegarów. Zwyczaj ten spotyka się także i dziś, by lekarz mógł precyzyjnie określić godzinę zgonu. W przeszłości było to symboliczne wyrażenie tego, że czas dla danej osoby zatrzymał się już na zawsze.

Mimo że w domach umierali najbliżsi członkowie rodzin, budzili oni pewną grozę. Istniało mnóstwo przesądów związanych z tym, że zmarła osoba szybko wskaże kolejnego nieszczęśnika, który w niedługim czasie do niej dołączy. Stąd wziął się zwyczaj zamykania oczu zmarłego i kładzenia na powiekach monet, by nie dopuścić do ich niepożądanego i gwałtownego otwarcia. Wszystko po to, by nie wypatrzył kolejnej "ofiary". Kawałkiem materiału podwiązywano także żuchwę, by nie mógł nikogo "zawołać". W niektórych regionach Polski na ustach zmarłego kładło się gałązki bożego drzewka - ziela słynącego z leczniczych właściwości, które miało ukoić nieboszczyka.

Mimo że oddzielenie duszy od ciała było zjawiskiem nienamacalnym, traktowano je zaskakująco "materialnie". Jeśli do zgonu doszło późno w nocy, należało wybudzić wszystkich domowników - w tym nawet niemowlęta. Wyobrażano sobie, że dusza zmarłego wciąż krąży po domu i mogłaby zetknąć się z duszą osoby śpiącej. Stąd już tylko krok do pociągnięcia jej za sobą w otchłań zaświatów.

Żeby się dusza nie zasiedziała...

W momencie śmierci domownika trzeba było zadbać nie tylko o to, by do niego nie dołączyć. Żałobnicy mieli więc pełne ręce roboty, choć trzeba było tymczasowo zawiesić większość typowych prac domowych, aby nie niepokoić nieboszczyka. W akcie zemsty mógłby nawiedzać dom i sprowadzać na niego liczne nieszczęścia. Do normalnego trybu wracano po pogrzebie. Za wyjątek uznawano robienie w domu prania. Z tym należało się wstrzymać jeszcze przez kilka tygodni od momentu pochówku, aby nieboszczykowi w grobie nie było mokro.

W pomieszczeniu, w którym spoczywało ciało, niezbędne było otwarcie wszystkich okien. Dzięki temu duch zmarłego nie został uwięziony we wnętrzu. Konieczne było zasłonięcie luster, które uznawano za punkt łączący świat doczesny i zaświaty - utknięcie duszy na tej granicy uniemożliwiało jej spokojny spoczynek. W wielu domach odwracano do góry nogami wszystkie krzesła i ławy, by dusza się nie zasiedziała.

Tradycyjne sposoby na upiora

W dawnych czasach ekscentrycy, zwłaszcza żyjący na wsiach, nie mieli lekkiego życia - również pozagrobowego. Osoby, które wyróżniały się wyglądem czy sposobem bycia, po śmierci wzbudzały lęk jako murowani kandydaci na upiory, które niepokoiłyby całą osadę. Pozostający przy życiu żałobnicy zmuszeni więc byli zadbać o spokój duszy zmarłego, choć można z pewnym przekonaniem założyć, że kierowali się jednak troską o własne dobro.

Podejrzanemu nieboszczykowi wrzucano do trumny ziarna maku. W żadnym razie nie chodziło o to, by uprzykrzyć mu spoczynek. Wierzono, że dusza, która miałaby zyskać demoniczną moc czynienia zła, najpierw musi zliczyć wszystkie ziarenka zgromadzone w trumnie. Zakładano, że możliwość przeprowadzenia tej transformacji jest czasowa, więc przez żmudne liczenie drobnego maku dusza zwyczajnie nie zdąży przeistoczyć się w upiora.

Współcześnie nie stronimy od dekorowania grobów kwiatami. Kultowa już chryzantema to jednak stosunkowo nowy zwyczaj. Inny wywodził się z czasów słowiańskich, a dotyczył sadzenia na grobie kolczastych krzewów. Z jednej strony odganiały od zmarłych złe duchy krążące po świecie, a z drugiej zniechęcały samych nieboszczyków do wstawania z martwych. Być może właśnie dlatego do dziś róże nadal są częstym widokiem na cmentarzach.

Gdy śmierć przyszła zbyt wcześnie

Czasem o zbliżającym się końcu życia świadczyły zachowania zwierząt w ludzkim otoczeniu, czasem złowieszcze sny. Zdecydowanie najbardziej obawiano się śmierci przychodzącej znienacka. Nie dawała ona możliwości odpowiedniego przygotowania się do pożegnania z ziemskim padołem - domknięcia swoich spraw, pojednania z bliskimi czy, w czasach chrześcijańskich, z Bogiem.

Nietypowo podchodzono do śmierci dzieci. W słowiańskich wierzeniach, typowych zwłaszcza dla rejonu dzisiejszej Warmii i Mazur, zakładano, że pochowanie w okolicach progu domostwa ciała małego dziecka lub płodu po poronieniu zamieni duszę w kłobuka - opiekuńczego ducha, który będzie dbać o dostatek mieszkających w nim osób. Niestety, była to jednocześnie istota demoniczna, pozwalająca sobie na figle (jak na przykład chowanie dzieciom zabawek) lub drobne kradzieże, na czym cierpiało całe najbliższe sąsiedztwo.

Przyjęło się również, by młodych chłopców i dziewczęta chować w ubraniach ślubnych. Za szczególnie istotne uważano to w kontekście płci pięknej. Zwyczaj miał stanowić dla panien substytut wyjścia za mąż i życia rodzinnego, by po śmierci nie błąkały się niespokojne po świecie w celu poszukiwania utraconych przez nagłą śmierć doświadczeń.

Śmierć, choć powszechna, nie zawsze i nie wszędzie jest taka sama. Polskie zwyczaje z nią związane ulegały istotnym zmianom na przestrzeni wieków, różnice pojawiały się też w zależności od konkretnego regionu. Pewne aspekty umierania pozostają jednak niezmienne. Rytualizacja śmierci pomaga uporać się ze świadomością przemijalności życia. Ułatwia rozłąkę z bliską osobą i daje możliwość zadbania o nią ostatni raz.

Joanna Leśniak

Polecamy:

"Obracanie kości", ucztowanie na grobie. Wszystkich Świętych w różnych częściach świata

Tak pachnie śmierć. Nasze ciało umiera szybciej, niż myślimy

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: ludowe zwyczaje | ludowe wierzenia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama